Bieszczadzkie spotkanie z Pluszczem

Bieszczadzkie spotkanie z Pluszczem

Wyjazd w Bieszczady planowaliśmy z Małgosią od lat. Miała to być  trochę sentymentalna podróż w nasze piękne góry. Byliśmy tu wiele lat temu, jeszcze jako studenci,  gdzie z plecakami przemierzaliśmy bieszczadzkie szlaki od Komańczy poprzez Ustrzyki Górne aż do Ustrzyk Dolnych.

Tym razem naszą bazą było Gospodarstwo Agroturystyczne w Cisnej , skąd wyruszaliśmy na turystyczne szlaki. Wybraliśmy początek października,  kiedy to bieszczadzkie lasy przybierają jesienne kolory a łąki na połoninach pysznią się wszelkimi odmianami brązów, żółci i czerwieni. Pogoda nam dopisała i pozwoliła w pełni rozkoszować się bieszczadzkimi widokami.

Po czterech dniach wędrówek po Połoninach Wetlińskiej i Caryńskiej, zdobyciu Małej Rawki, Tarnicy, Halicza i Rozsypańca  postanowiliśmy trochę odpocząć i w ramach relaksu poszukać Pluszcza. Ten ciekawy ptaszek, wielkości szpaka o ciemno-brązowym upierzeniu z białym krawatem na piersi był od czasu jak zacząłem interesować się  ptakami, obiektem mojego fotograficznego pożądania. W moim rodzinnym mieście Elblągu, gdzie mieszkam  i okolicy trudno o taki rarytas. Jak wiadomo ptaki te preferują tereny podgórskie, gdzie w bystrych strumieniach o czystej wodzie poszukują pożywienia.

Być w Bieszczadach i nie widzieć Pluszcza to byłoby wielkie niedopatrzenie.  W rześki słoneczny poranek wyruszyliśmy z bazy z fotograficznym sprzętem w bagażniku na poszukiwanie Pluszcza. Tuż za Cisną,  jadąc w kierunku Ustrzyk Górnych wielokrotnie przekraczamy rzekę o nazwie Wetlinka  – prawy największy dopływ Solinki. Wetlinka toczy swoje wody po kamienistym dnie. Poziom wody nie był zbyt wysoki, chyba z powodu braku większych opadów w ciągu ostatnich dni. Jadąc wolno rozglądam się uważnie szukając  dogodnego miejsca w pobliżu rzeki, gdzie można bezpiecznie zaparkować. Znajduję łączkę w pobliżu rzeki, parkuję, biorę lornetkę i idę nad rzekę. Wetlinka  wygląda bardzo malowniczo płynąc w tym miejscu w dość głębokim kanionie , porośniętym po obu stronach przebarwiającymi się bukami. Wpadające promienia słońca tworzą nad wodą malownicze cienie i półcienie. Pokonując strome zejście schodzę nad rzekę i zachwycam się pięknem tego miejsca. Nie po to jednak tu przyszedłem, moim celem jest poszukiwanie Pluszcza. Przykładam lornetkę do oczu, ostrzę i zaczynam systematycznie przeczesywać rzekę. Kamień po kamieniu, metr po metrze i nagle widzę – tak, to jest Pluszcz. Przycupnięty na kamieniu siedzi wpatrzony w lustro wody. Widzę wyraźnie jego biały krawacik i oko przykrywane co chwila białą powieką. Nagle ptak daje nura i znika pod powierzchnią wody. Po kilku sekundach widzę jak wychyla się nad powierzchnię, chwilę brodzi i znowu znika pod wodą aby po kolejnych sekundach wyskoczyć na kamień. Otrzepuje piórka i zamiera nieruchomo wpatrzony w wodę. Postanawiam zbliżyć się bardziej do mojego bohatera. Krok po kroku,  pochylony, przeskakując z kamienia na kamień i jestem coraz bliżej. W tym czasie Pluszcz kilkakrotnie wskakuje do wody aby po chwili być znowu na kamieniu. Widocznie znudziła się mu moja coraz bliższa obecność, bo w pewnej chwili zerwał się z kamienia,  przeleciał tuż  obok  mnie i zniknął za zakrętem rzeki. Już wiem,  że Pluszcze są.

Nie czekając na powtórne pojawienie się ptaka pobiegłem pędem do samochodu po odpowiedni sprzęt fotograficzny. Wróciłem wkrótce objuczony kilkoma kilogramami sprzętu wraz ze statywem. Po kilkunastu minutach,  posuwając się wolno w górę rzeki z uwagą , aby nie wykąpać się w rzece wraz z aparatem, zobaczyłem kolejnego Pluszcza,  a może był to ten sam ptak. Ustawienie statywu, szybkie zamocowanie D300 wraz z obiektywem 500 mm i zaczynam fotografować. Pierwsze zdjęcia, może bardziej dokumentacyjne niż artystyczne, przynoszą mi jednak wiele radości i satysfakcji. Mam swojego pierwszego Pluszcza. W tym dniu,  nazwanym przeze mnie „dniem pluszcza” jeszcze kilkakrotnie zatrzymywałem się  nad Wetlinką w innych miejscach,  aby obserwować i fotografować z podchodu pluszcze. Pojechałem również nad rzekę Wołosaty, lewy dopływ Sanu, w okolice Ustrzyk Górnych, gdzie także mogłem obserwować, już bez fotografowania,  pluszcze. W tym czasie Małgosia, która podobnie jak ja interesuje się życiem  ptaków, mogła dowoli, przez lornetkę obserwować pluszcze,  podczas ich typowych zachowań,  podczas nurkowania,  żerowania w wodzie,  kąpieli,  suszenia piórek na kamieniach oraz przelotów wzdłuż rzeki.
„Dzień Puszcza” był dla nas równie fascynujący jak podziwianie widoków z bieszczadzkich połonin.


Drukuj