Noc ze słowikiem

Noc ze słowikiem

Nocną wyprawę nad jezioro Drużno planowałem już od dawna. Koniecznie chciałem zobaczyć wczesny świt nad budzącym się do życia jeziorem i to wiosną. Nie było to jednak takie proste. Dojście do jeziora i znalezienie miejsca tuż nad wodą jest bardzo utrudnione. Wokół jeziora rozciągają się szerokim pasem szuwary i gęste zarośla olch. Dzięki wskazówkom pewnego wędkarza znalazłem odpowiednie miejsce, gdzie mogłem tuż przy jeziorze rozbić mały namiocik i mieć dobry widok na taflę wody.

Nadszedł w końcu  taki dzień,  kiedy to postanowiłem swój plan przekuć w rzeczywistość. Późnym popołudniem,  kiedy słońce chyliło się ku zachodowi wyruszyłem nad jezioro. Było ciepło i zapowiadała się spokojna noc. Zaparkowałem samochód w pobliżu upatrzonego miejsca i rozbiłem namiot. Z tego miejsca miałem wspaniały widok na jezioro i toczące się na nim ptasie życie. Przez lornetkę obserwowałem liczne stado łabędzi niemych, śmieszki w niskim locie starające się coś wyłowić z wody, rybitwy czarne ustawiające się pod wiatr i zawisające w jednym punkcie a następnie spadające do wody i podrywające się z łupem w dziobie. Daleko na przeciwległym brzegu na gałęzi drzewa siedział sobie bielik, a bliżej pływało spore stadko głowienek. W pewnym momencie zupełnie blisko wylądowała cyranka. Słońce zaszło i powoli zaczął zapadać zmrok. Światło odbite od chmur na zachodzie pięknie zabarwiło niebo oraz wodę nadając jej różne odcienie złota, czerwieni i błękitu. Wokół słychać było głosy wielu gatunków ptaków dochodzące zarówno od strony wody jak i lądu. Było już po godz.22 gdy spośród ptasiego gwaru dał się słyszeć śpiew zdecydowanie wyróżniający się z tła. Dochodził z bardzo bliska i był zdecydowanie głośniejszy od pozostałych.

Zacząłem wsłuchiwać się w ten śpiew i zastanawiać się co to za ptak. Nie był to kos ani drozd śpiewak. Nagle uzmysłowiłem sobie,  że to jest słowik. Piosenka słowika dochodziła z pobliskiej dużej wierzby w odległości kilku metrów od mojego namiotu. Zdarzało mi się w przeszłości słyszeć głos słowika ale nigdy tak blisko i wyraźnie. Ten koncert był niesamowity i trwał praktycznie bez przerwy całą noc. Jak tu usnąć przy takim soliście. Krótka drzemka i pobudka o 3.00 kiedy nad jeziorem zaczęło się przejaśniać,  a  koncert trwał nadal. Obserwowałem budzące się życie nad jeziorem i wsłuchiwałem się w głos słowika. Próbowałem fotografować ptaki na jeziorze w kontrowym świetle poranka ale myślami byłem przy tym niesamowitym śpiewaku. Około 5.00, kiedy zrobiło się dość jasno zacząłem wpatrywać się w gęstwinę wierzbowych liści z nadzieją ujrzenia tego koncertmistrza. Blisko godzinę obchodziłem drzewo z przygotowanym na statywie aparatem aż w końcu go ujrzałem. Przefrunął z gałęzi na gałąź i dalej kontynuował swoją słowiczą pieśń. W tym momencie udało mi się złapać go w wizjerze, wyostrzyć i zrobić serię zdjęć. Po chwili przefrunął na inną gałąź i znowu zniknął w listowiu. Śpiewał jeszcze z pół godziny i umilkł. Już więcej go nie zobaczyłem. Mimo, że już nie śpiewał wciąż byłem pod wielkim wrażeniem jego koncertu.


Wtedy zrozumiałem dlaczego poeci przywołują tego ptaka w swojej twórczości. Z pewnością zasłużył sobie na to.
Kiedy wróciłem do domu i zajrzałem do atlasu ptaków próbowałem określić czy był to słowik szary czy rdzawy. Prawdopodobnie szary,  gdyż według książki na wschód od Wisły występuje słowik szary.
Jaki by nie był, to był prawdziwy ptasi artysta a jego koncert długo będę pamiętał.